szelma blog

Pan Skwaszony


Link 18 listopada 2010 || 21:27 Komentuj! (0)

Pan Skwaszony nie lubił wielu rzeczy. Lodów truskawkowych, ponieważ przypominały minione lata, i sielskie dzieciństwo, kiedy jeszcze niczym nie należało się przejmować.
Motorów. Bo mijały jego tramwaj w drodze do pracy.
Kukurydzy. Bo robi się z niej pop corn, który szeleści w kinie.
Najbardziej jednak nie lubił hałasu. Jego wrażliwe uszy wychwytywały najdrobniejsze szmery w otoczeniu i drażniły jego zmęczony umysł.
Cierpiał, kiedy baba za ladą w barze mlecznym krzyczała „Pierogi ruskie, proszę!” Albo „Schabowy proszę!”. Nie jadał więc w barach mlecznych.
Nie znosił zwłaszcza nowego wynalazku – zamontowanych przy światłach dla pieszych sygnałów dźwiękowych. Tego okropnego „pi-pi-pi-pi-pi-pi-pi”. Omijał te ulice, tak, że teraz wracał do domu godzinę, zamiast piętnaście minut.

Każdy jego tydzień być ciężką udręką, której nie rozumiał nikt. Ani matka, wieloletnia przedszkolanka. Ani ojciec, trębacz w orkiestrze górniczej. Ani żona, kobieta o naturze gadatliwej. Ani sąsiedzi, którzy byli po prostu rozwrzeszczanymi studentami, śmiejącymi się o dowolnych godzinach dnia i nocy, traktujący życie tak lekko, jak gdyby nic nie ważyło i z pewnością dążący ku zupełnemu upadkowi moralnemu, sądząc po częstotliwości urządzanych przez nich prywatek.

Jedynym wytchnieniem była praca. Skwaszony od dziecka wiedział, że musi znaleźć miejsce ciche i spokojne. Znalazł. Po latach poszukiwań. Po próbach i błędach. Po głupich wyborach. Po zmianach kolejnych wielkich korporacji. Po zniszczeniu tysięcy par zatyczek do uszu odnalazł własną, wygodną ścieżkę.
Był romantykiem. Tak. Dlatego nie wahał się nazwać swej pracy cichą przystanią dla jego ogłuszonego serca.
Od czterech miesięcy, najszczęśliwszych miesięcy jego życia, był recepcjonistą w wojewódzkiej siedzibie Stowarzyszenia Głuchoniemych. Mili ludzie. No powitanie kiwali tylko głowami. Czasem migali coś uroczo, zupełnie bezszelestnie.
Zostawał tu więc do późnych godzin wieczornych.
Ale życie czaiło się tuż za progiem i nie dało się go uniknąć.

Każdy jego tydzień był udręką. Dobrze, że miał tylko siedem dni.
W poniedziałek pierwszą rzeczą, z jaką stykała się jego świadomość był budzik. Nie własny, rzecz jasna. Budzik sąsiada z bloku naprzeciwko. Dzwonił równo o 6:15. Następnie rozlegały się bliżej i dalej dzwonki innych budzików, tysiące melodii, tak paskudnych, że uszy więdły. Następnie dały się słyszeć wszędzie dookoła tupania setek, tysięcy nóg w domowych kapciach o hałaśliwych, plastikowych podeszwach.
Potem setki kranów odkręcano na całym osiedlu i przelewano miliony litrów szumiącej wody, tak, że huk Niagary nic przy tym nie znaczy.

On nie używał budzika. Po co, skoro od 6:15 i tak nie da się spać w tym hałasie? Jego żona, którą już dziesiątki razy prowadzał do laryngologa z powodu domniemanej wady słuchu, żądała jednak, żeby coś ją budziło. Spała jak kamień mimo bezczelnie stukających sztućcami przy śniadaniu sąsiadów.
Nie mógł się zgodzić na nastawienie zegarka. Nie pozwalał na ustawienie alarmu w komórce. Sprzeciwiał się nawet użyciu w tym celu radia.
Do jego licznych i ważnych obowiązków dochodził więc jeszcze i ten: O 7:13 stąpał po cichu w swoich grubych, wełnianych, wyciszających skarpetach do jej łóżka, wyciągał z kieszeni pożarowego szlafroka piórko i muskał po nosie żonę, aż otworzyła oczy.
Zdarzało jej się przy tym kichnąć. Wtedy, wściekły nie odzywał się do niej przez cały dzień.

Wtorek, Środa i Czwartek ciągnęły się hałaśliwie i powoli. Raz wywozili śmieci i przez godzinę stukały metalowe kubły i trzaskały plastikowe butelki.
Raz Żonie zachciało się iść do kina.
Nie lubiła Chaplina. Wolała paskudne filmy akcji z wystrzałami i krzykami.
Innym razem trzeba zrobić pranie. Pralka jest jednym z najbardziej hałaśliwych wynalazków ludzkości.
Najpierw przez kilka minut wlewa pluskającą wodę w głąb bębna. Potem bęben kręci się zgrzytając metalowymi częściami. Coś szumi, coś skrzypi i tak w kółko, do postradania zmysłów. W głowie wszystko zaczyna się wiercić, kręcić, błądzić i wydaja się, że gorzej już być nie może, kiedy zaczyna się wirowanie.
Trwa piętnaście długich minut i sprawia, że Skwaszonemu odechciewa się żyć. Chowa się za szafą, zatyka uszy, ale nic nie pomaga. Nawet ucieczka z domu, bo na klatce schodowej słyszy wirujący bęben. Na podwórku wirowanie bębna miesza się dodatkowo z krzykiem dzieci i im dalej biegnie tym więcej dźwięków dołącza się do tego najgorszego wirującego, który wcale nie znika, bo tkwi już w jego głowie. Zostanie tam chyba na zawsze.
Więc lepiej siedzieć za szafą i ssąc palec czekać, aż wszystko minie.
A kiedy mija Żona, nic nie rozumiejąc, bagatelizując potwornie jego cierpienie, zaczyna stukać metalową suszarką do bielizny i strzelać spinaczami.
Kobiety nie mają serca. Na pewno.

Piątki i soboty oznaczały zawsze imprezy organizowane przez niezliczonych solenizantów, jubilatów, studentów i alkoholików. Już od 18 słychać było pierwsze krzyki, dzwonki do drzwi i śpiewy. Potem włączała się muzyka, potem kroki na sąsiednich parkietach, najpierw nieśmiałe, potem już bezczelnie tupiące, skaczące i nieprzerwane.
Toasty wznoszone pełną piersią.
Skwaszony walił w ściany, pukał do drzwi, wzywał policję. Nic nie pomagało. Leżał we własnym łóżku jak na szpilkach i czekał, aż ostatni goście wsiądą do ostatniej taksówki trzaskając z impetem drzwiami.
Żona dolewała oliwy do ognia pochrapując obok, zupełnie nieświadoma, że on odchodzi od zmysłów.

W niedzielę zwykle można było odpocząć. Wkoło zmęczenie poimprezowe dawało o sobie znać. Hałaśliwi obywatele skupiali się przed poniedziałkowym powrotem do pracy.
Większość sąsiadów zdawała się mieć przynajmniej chwilową awersję do głośnych dźwięków.
I właśnie w niedzielę, najpiękniejszy dzień w tygodniu, musiało przytrafić się nieszczęście.

Oglądał właśnie ciekawy program w telewizji, oczywiście w trybie MUTE. Czytał z ruchu warg wypowiedzi uczestników. Było mu dobrze i przyjemnie. Lekki szum dochodzący z monitora prawie go nie rozpraszał.
Poszedł nalać sobie po cichutku soku pomarańczowego, kiedy nagle dobiegł go głos.
Głos musiał dochodzić z telewizora. Żona wiedziała, że w niedzielę ma zakaz odzywania się, nie mogła go po prostu złamać.
Przecież przysięgała przed ołtarzem. Przecież na jego usilną prośbę, wzmocnioną gotówką co łaska proboszcz zgodził się wzbogacić tradycyjną formułkę, tak, aby przysięgali sobie „miłość, wierność, uczciwość małżeńską i milczenie w niedzielę”.
Jeśli nie ona – to kto?
Wyjrzał z kuchni.
Zobaczył Żonę. Milczała. Ale w prawej ręce trzymała pilota. Wskazujący palec opierał się o nigdy przez niego nie używany, zakazany w tym domu przycisk – Volume +.
To ona włączyła głos.

Tego było za wiele. Nie wiedział, co zrobić. Ten tydzień go wykończył, a tu jeszcze własna Żona wbija człowiekowi nóż w serce. Skoro ona nie ma litości – on także wyzbędzie się jej resztek.

Chwycił za telefon. Wybrał numer.
Starszy posterunkowy krzyknął w słuchawkę „Proszę?!”, ale Skwaszony był tak rozedrgany, że nie przejął się tym.
-Panie posterunkowy! Panie posterunkowy – szeptał histerycznie. – Ona włączyła dźwięk! Panie! Ona podgłośniła telewizor! Słyszę te okropne głosy, mieszające się, przekrzykujące, śmiejące! To jest zakłócenie porządku publicznego! Przyjeżdżajcie! Interweniujcie!

-Szanowny Panie, nie wiem, czy zdaje Pan sobie sprawę, ale dzwoni Pan do nas po raz czterdziesty siódmy w tym tygodniu.
-Ale teraz to naprawdę ważne! W moim własnym domu czai się wróg! Pomocy! – szeptał zrozpaczony.
-Szanowny Panie, postawię sprawę jasno. Jeśli zaraz się pan nie rozłączy krzyknę panu do ucha. Liczę do trzech. Raz… Dw…

Skwaszony nie miał wyboru. Odłożył słuchawkę. Organy państwa nie działają. W jego własnym domu czai się hałaśliwe zło. Włożył watę do uszu, usiadł na taborecie i uronił kilka łez. Podłożył pod brodę ścierkę, żeby nie kapały hałaśliwie o płytki.


TUTAJ NALEŻY ZAJRZEĆ:
PRZESZYJ TO SAM!

SUPER KUBAK!

ARCHIWUM 2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010


KATEGORIE:

  • Pocztówki z nieważnych miejsc(4)
  • Dziwolągi prawie z życia wzięte(3)


  • Księga gości

    Wyślij wiadomość

    powered by Ownlog.com & Fotolog.pl