Okres świąteczny w galerii handlowej. Grają kolędy, przy wejściu w tekturowych saniach siedzi, w listopadzie jeszcze bezrobotny, facet w średnim wieku przebrany za Świętego Mikołaja.
Z sufitów zwieszają się bombki, lampki, papierki i inne cudeńka.
Wszędzie jest tłumnie. Wszyscy narzekają na to, że taki tu tłum. Każdy uważa, że inni powinni wyjść i dać mu tutaj święty zakupowy spokój.

Toalety, bary, sklepy spożywcze, ławki – także przeżywają oblężenie. Oraz – oczywiście – szatnia.
Szatniarz jest debiutantem w swym fachu i jeszcze nie ze wszystkim sobie radzi. Jeszcze nie ma tego automatyzmu w dłoniach, który pozwalałby mu na wieszanie każdej kurtki bez spoglądania na nią. Kolejka więc wydłuża się, kiedy on powoli sięga po wieszak, ogląda płaszcz lub kurtkę, szuka rękawów, sprawdza, czy czapka nie wypadnie, poprawia kaptur i zasuwa zamek niezbyt błyskawicznie.
Czasem mylą mu się pozostawione torby, zdarza się , że coś postawi pod złym numerem. Zawsze jednak właściciel walizki potrafi ją znaleźć, choćby nie wiem jak była ukryta pod stertą worów z zakupami.

Tym razem jednak – zatrzęsienie artystów. Pomyślałbyś, że jeden z drugim nie musi łazić na zakupy razem ze swoimi dziełami. A jak już się wybrał, to nie po to, żeby je zostawić w szatni.
Nie ma bowiem półeczek przystosowanych dla wielkich czarnych teczek, jakie zwykli nosić początkujący malarze. Trzeba to stawiać gdzieś pod ścianą, bez numerka a potem odgadywać które czyje.
A dzisiaj – dwie takie torby!

Godzina siedemnasta – nagle wszyscy zaczynają się spieszyć. Pod szatnią nerwówka. Płaszcz za płaszczem, kurtka za kurtką, torba, walizka, czarna teczka malarza.
Pięć minut później podnosząc wzrok Pan Szatniarz zamarł. Artystka stała w tumie. Pamiętał ją dobrze, bo tysiąc raz poprawiała swoją czarną torbę jęcząc „Byle się tylko nie pogięła! Byle tylko się nie zniszczyła! Byle tylko pan jej nie nadepnął przypadkiem! Byle tylko nie ukradło jej UFO, byle tylko nie zaginęła!”
Nie, UFO jej nie ukradło, ale zadał sobie sprawę, że przed zaledwie chwilą wydał cenną teczkę komuś zupełnie innemu, nie pamięta komu. Komuś, kto jednocześnie odbierał granatową kurtkę.

I właściwie mógłby być to cudowny początek komedii romantycznej.
Mężczyzna w granatowej kurtce odebrał nie-swoją teczkę ze szkicami. Dotarł do domu i otworzył ją.(acha! Dwa dni wcześniej po 7 latach porzuciła go dziewczyna, którą kochał od przedszkola i teraz cierpi.)
W środku znalazł piękne rysunki, zaczął się zastanawiać, kim jest ich autorka (tak, tak, od razu wyczuł delikatną damską rękę!). Poruszyły do głębi (może nawet zapłakał nad wyjątkowo kiczowatym szkicem wierzby płaczącej).
Postanowił od szukać ich autorkę, w której, choć sam o tym jeszcze nie wie – zakochał się.

Tymczasem Artystka dowiedziała się o stracie obrazów, zrobiła piekło Panu Szatniarzowi, rozpłakała się, próbuje odtworzyć stracone szkice, ale nie potrafi. Coś się w niej załamało, nie może nic narysować, nawet martwej natury, nie ufa już ludziom, czuje, zamyka się w sobie.

Oczywiście zostawiła swój numer telefonu Panu Szatniarzowi.

Dalej – wiadomo. Znalazca i Artystka spotykają się za pośrednictwem Pana Szatniarza. Ona jest, rzecz jasna, oszałamiająco piękna, on niezwykle przystojny.
W krytycznym momencie zjawia się dawna dziewczyna Znalazcy i miesza w nowo narodzonym czystym uczuciu Malarzy.
Jednak ostatecznie Dziewczyna Z Dzieciństwa wiąże się z Panem Szatniarzem. Malarze biorą ślub, na którym Szatniarz wspaniale zdaje egzamin zajmując się płaszczami gości.
Cięcie.
THE END.

Niestety jednak. Owszem, Artystka w kolejce zaczęła się pieklić. Była potwornie brzydka. Niska, przy kości, kolor włosów uzyskany dzięki zastosowaniu farby „Boski blond” z kiosku ruchu.
Krzyczała: „Moje rysunki! To koniec! Jak one zginą to już koniec!”
Pan Szatniarz wysłał pewnego pana z kolejki, żeby szukał kogoś z dużą czarną teczką po galerii. Sam nie mógł się ruszyć, bo pilnował przecież kilkuset płaszczy.
Szukający wrócił po trzech minutach twierdząc, że obiegł w tym czasem calutką galerię (akurat!) i nigdzie nie ma żadnej teczki.
Artystka wpadła w histerię i jej przyjaciółka zaczęła wachlować ją zeszytem.

W końcu przy szatni zjawiła się postać z zaginioną teczką przewieszoną przez ramię i przekreśliła resztki szans na komedię romantyczną, bo okazała się być kobietą, również średnio urodziwą.

Mnie, całe szczęście, nie zginęła nawet rękawiczka.
Name:

Komentarze:

13.08.2011, 13:14 :: 77.254.147.70
szel-ma
pistacjowy kosmito! kopę lat!

20.05.2011, 04:48 :: 83.6.163.146
Pistacjowy Kosmita
Takie teksty się czyta, a nie komentuje ;)