szelma blog

"Miłość z szatni", czyli niedoszła komedia romantyczna w Galerii Krakowskiej


Link 30 grudnia 2010 || 15:32 Komentuj! (3)

Okres świąteczny w galerii handlowej. Grają kolędy, przy wejściu w tekturowych saniach siedzi, w listopadzie jeszcze bezrobotny, facet w średnim wieku przebrany za Świętego Mikołaja.
Z sufitów zwieszają się bombki, lampki, papierki i inne cudeńka.
Wszędzie jest tłumnie. Wszyscy narzekają na to, że taki tu tłum. Każdy uważa, że inni powinni wyjść i dać mu tutaj święty zakupowy spokój.

Toalety, bary, sklepy spożywcze, ławki – także przeżywają oblężenie. Oraz – oczywiście – szatnia.
Szatniarz jest debiutantem w swym fachu i jeszcze nie ze wszystkim sobie radzi. Jeszcze nie ma tego automatyzmu w dłoniach, który pozwalałby mu na wieszanie każdej kurtki bez spoglądania na nią. Kolejka więc wydłuża się, kiedy on powoli sięga po wieszak, ogląda płaszcz lub kurtkę, szuka rękawów, sprawdza, czy czapka nie wypadnie, poprawia kaptur i zasuwa zamek niezbyt błyskawicznie.
Czasem mylą mu się pozostawione torby, zdarza się , że coś postawi pod złym numerem. Zawsze jednak właściciel walizki potrafi ją znaleźć, choćby nie wiem jak była ukryta pod stertą worów z zakupami.

Tym razem jednak – zatrzęsienie artystów. Pomyślałbyś, że jeden z drugim nie musi łazić na zakupy razem ze swoimi dziełami. A jak już się wybrał, to nie po to, żeby je zostawić w szatni.
Nie ma bowiem półeczek przystosowanych dla wielkich czarnych teczek, jakie zwykli nosić początkujący malarze. Trzeba to stawiać gdzieś pod ścianą, bez numerka a potem odgadywać które czyje.
A dzisiaj – dwie takie torby!

Godzina siedemnasta – nagle wszyscy zaczynają się spieszyć. Pod szatnią nerwówka. Płaszcz za płaszczem, kurtka za kurtką, torba, walizka, czarna teczka malarza.
Pięć minut później podnosząc wzrok Pan Szatniarz zamarł. Artystka stała w tumie. Pamiętał ją dobrze, bo tysiąc raz poprawiała swoją czarną torbę jęcząc „Byle się tylko nie pogięła! Byle tylko się nie zniszczyła! Byle tylko pan jej nie nadepnął przypadkiem! Byle tylko nie ukradło jej UFO, byle tylko nie zaginęła!”
Nie, UFO jej nie ukradło, ale zadał sobie sprawę, że przed zaledwie chwilą wydał cenną teczkę komuś zupełnie innemu, nie pamięta komu. Komuś, kto jednocześnie odbierał granatową kurtkę.

I właściwie mógłby być to cudowny początek komedii romantycznej.
Mężczyzna w granatowej kurtce odebrał nie-swoją teczkę ze szkicami. Dotarł do domu i otworzył ją.(acha! Dwa dni wcześniej po 7 latach porzuciła go dziewczyna, którą kochał od przedszkola i teraz cierpi.)
W środku znalazł piękne rysunki, zaczął się zastanawiać, kim jest ich autorka (tak, tak, od razu wyczuł delikatną damską rękę!). Poruszyły do głębi (może nawet zapłakał nad wyjątkowo kiczowatym szkicem wierzby płaczącej).
Postanowił od szukać ich autorkę, w której, choć sam o tym jeszcze nie wie – zakochał się.

Tymczasem Artystka dowiedziała się o stracie obrazów, zrobiła piekło Panu Szatniarzowi, rozpłakała się, próbuje odtworzyć stracone szkice, ale nie potrafi. Coś się w niej załamało, nie może nic narysować, nawet martwej natury, nie ufa już ludziom, czuje, zamyka się w sobie.

Oczywiście zostawiła swój numer telefonu Panu Szatniarzowi.

Dalej – wiadomo. Znalazca i Artystka spotykają się za pośrednictwem Pana Szatniarza. Ona jest, rzecz jasna, oszałamiająco piękna, on niezwykle przystojny.
W krytycznym momencie zjawia się dawna dziewczyna Znalazcy i miesza w nowo narodzonym czystym uczuciu Malarzy.
Jednak ostatecznie Dziewczyna Z Dzieciństwa wiąże się z Panem Szatniarzem. Malarze biorą ślub, na którym Szatniarz wspaniale zdaje egzamin zajmując się płaszczami gości.
Cięcie.
THE END.

Niestety jednak. Owszem, Artystka w kolejce zaczęła się pieklić. Była potwornie brzydka. Niska, przy kości, kolor włosów uzyskany dzięki zastosowaniu farby „Boski blond” z kiosku ruchu.
Krzyczała: „Moje rysunki! To koniec! Jak one zginą to już koniec!”
Pan Szatniarz wysłał pewnego pana z kolejki, żeby szukał kogoś z dużą czarną teczką po galerii. Sam nie mógł się ruszyć, bo pilnował przecież kilkuset płaszczy.
Szukający wrócił po trzech minutach twierdząc, że obiegł w tym czasem calutką galerię (akurat!) i nigdzie nie ma żadnej teczki.
Artystka wpadła w histerię i jej przyjaciółka zaczęła wachlować ją zeszytem.

W końcu przy szatni zjawiła się postać z zaginioną teczką przewieszoną przez ramię i przekreśliła resztki szans na komedię romantyczną, bo okazała się być kobietą, również średnio urodziwą.

Mnie, całe szczęście, nie zginęła nawet rękawiczka.


Neokanibalizm wrocławski


Link 18 grudnia 2010 || 18:14 Komentuj! (0)



Wrocław, bar na Hali Targowej, naprzeciwko Wydziału Polonistyki Uniwersytetu.
Na wszelki wypadek nie zjadłam w tym barze zupełnie nic. Zastanawiałam się, czy surówki nie są najbezpieczniejsze, bo ostatecznie jasno jest napisane, że „pani na surówki” brak.
Jednak bardzo możliwe, że właściciel jest zapobiegliwy i ma w zamrażalniku resztki poprzedniej „pani na surówki”, na przykład lewą stopę i ucho.
Z pewnością nie brakowało mu „pana na mielonego”, „Rosjanina na farsz do ruskich”, ani niczego innego, bo by ogłosił.

Swoją drogą wszystkie dania były niedrogie, wyglądały na talerzach smakowicie, konsumenci uśmiechali się z zadowoleniem przy stolikach z Ikei.
Biznes pierwsza klasa.
Innowacje kulinarne we Wrocławiu mnie jednak nie przekonały.

Wahałam się przez sekundkę, czy nie zgłosić swojej kandydatury, żeby następnie uciec z fascynującym i mrożącym krew w żyłach materiałem na reportaż, ale ostatecznie wygrało moje tchórzostwo, które próbowałam przykryć racjonalnymi argumentami.
„I tak jestem za blada” – powtarzałam sobie. – Nie chcieliby nawet ze mną rozmawiać. I tak nie zatrudniliby mnie. Poszukują rumianej, okrąglutkiej dziewczyny. Bez sensu, bez sensu.”

Zdjęcie odważyłam się zrobić z ukrycia, mimo wszystko.


Pan Skwaszony


Link 18 listopada 2010 || 21:27 Komentuj! (0)

Pan Skwaszony nie lubił wielu rzeczy. Lodów truskawkowych, ponieważ przypominały minione lata, i sielskie dzieciństwo, kiedy jeszcze niczym nie należało się przejmować.
Motorów. Bo mijały jego tramwaj w drodze do pracy.
Kukurydzy. Bo robi się z niej pop corn, który szeleści w kinie.
Najbardziej jednak nie lubił hałasu. Jego wrażliwe uszy wychwytywały najdrobniejsze szmery w otoczeniu i drażniły jego zmęczony umysł.
Cierpiał, kiedy baba za ladą w barze mlecznym krzyczała „Pierogi ruskie, proszę!” Albo „Schabowy proszę!”. Nie jadał więc w barach mlecznych.
Nie znosił zwłaszcza nowego wynalazku – zamontowanych przy światłach dla pieszych sygnałów dźwiękowych. Tego okropnego „pi-pi-pi-pi-pi-pi-pi”. Omijał te ulice, tak, że teraz wracał do domu godzinę, zamiast piętnaście minut.

Każdy jego tydzień być ciężką udręką, której nie rozumiał nikt. Ani matka, wieloletnia przedszkolanka. Ani ojciec, trębacz w orkiestrze górniczej. Ani żona, kobieta o naturze gadatliwej. Ani sąsiedzi, którzy byli po prostu rozwrzeszczanymi studentami, śmiejącymi się o dowolnych godzinach dnia i nocy, traktujący życie tak lekko, jak gdyby nic nie ważyło i z pewnością dążący ku zupełnemu upadkowi moralnemu, sądząc po częstotliwości urządzanych przez nich prywatek.

Jedynym wytchnieniem była praca. Skwaszony od dziecka wiedział, że musi znaleźć miejsce ciche i spokojne. Znalazł. Po latach poszukiwań. Po próbach i błędach. Po głupich wyborach. Po zmianach kolejnych wielkich korporacji. Po zniszczeniu tysięcy par zatyczek do uszu odnalazł własną, wygodną ścieżkę.
Był romantykiem. Tak. Dlatego nie wahał się nazwać swej pracy cichą przystanią dla jego ogłuszonego serca.
Od czterech miesięcy, najszczęśliwszych miesięcy jego życia, był recepcjonistą w wojewódzkiej siedzibie Stowarzyszenia Głuchoniemych. Mili ludzie. No powitanie kiwali tylko głowami. Czasem migali coś uroczo, zupełnie bezszelestnie.
Zostawał tu więc do późnych godzin wieczornych.
Ale życie czaiło się tuż za progiem i nie dało się go uniknąć.

Każdy jego tydzień był udręką. Dobrze, że miał tylko siedem dni.
W poniedziałek pierwszą rzeczą, z jaką stykała się jego świadomość był budzik. Nie własny, rzecz jasna. Budzik sąsiada z bloku naprzeciwko. Dzwonił równo o 6:15. Następnie rozlegały się bliżej i dalej dzwonki innych budzików, tysiące melodii, tak paskudnych, że uszy więdły. Następnie dały się słyszeć wszędzie dookoła tupania setek, tysięcy nóg w domowych kapciach o hałaśliwych, plastikowych podeszwach.
Potem setki kranów odkręcano na całym osiedlu i przelewano miliony litrów szumiącej wody, tak, że huk Niagary nic przy tym nie znaczy.

On nie używał budzika. Po co, skoro od 6:15 i tak nie da się spać w tym hałasie? Jego żona, którą już dziesiątki razy prowadzał do laryngologa z powodu domniemanej wady słuchu, żądała jednak, żeby coś ją budziło. Spała jak kamień mimo bezczelnie stukających sztućcami przy śniadaniu sąsiadów.
Nie mógł się zgodzić na nastawienie zegarka. Nie pozwalał na ustawienie alarmu w komórce. Sprzeciwiał się nawet użyciu w tym celu radia.
Do jego licznych i ważnych obowiązków dochodził więc jeszcze i ten: O 7:13 stąpał po cichu w swoich grubych, wełnianych, wyciszających skarpetach do jej łóżka, wyciągał z kieszeni pożarowego szlafroka piórko i muskał po nosie żonę, aż otworzyła oczy.
Zdarzało jej się przy tym kichnąć. Wtedy, wściekły nie odzywał się do niej przez cały dzień.

Wtorek, Środa i Czwartek ciągnęły się hałaśliwie i powoli. Raz wywozili śmieci i przez godzinę stukały metalowe kubły i trzaskały plastikowe butelki.
Raz Żonie zachciało się iść do kina.
Nie lubiła Chaplina. Wolała paskudne filmy akcji z wystrzałami i krzykami.
Innym razem trzeba zrobić pranie. Pralka jest jednym z najbardziej hałaśliwych wynalazków ludzkości.
Najpierw przez kilka minut wlewa pluskającą wodę w głąb bębna. Potem bęben kręci się zgrzytając metalowymi częściami. Coś szumi, coś skrzypi i tak w kółko, do postradania zmysłów. W głowie wszystko zaczyna się wiercić, kręcić, błądzić i wydaja się, że gorzej już być nie może, kiedy zaczyna się wirowanie.
Trwa piętnaście długich minut i sprawia, że Skwaszonemu odechciewa się żyć. Chowa się za szafą, zatyka uszy, ale nic nie pomaga. Nawet ucieczka z domu, bo na klatce schodowej słyszy wirujący bęben. Na podwórku wirowanie bębna miesza się dodatkowo z krzykiem dzieci i im dalej biegnie tym więcej dźwięków dołącza się do tego najgorszego wirującego, który wcale nie znika, bo tkwi już w jego głowie. Zostanie tam chyba na zawsze.
Więc lepiej siedzieć za szafą i ssąc palec czekać, aż wszystko minie.
A kiedy mija Żona, nic nie rozumiejąc, bagatelizując potwornie jego cierpienie, zaczyna stukać metalową suszarką do bielizny i strzelać spinaczami.
Kobiety nie mają serca. Na pewno.

Piątki i soboty oznaczały zawsze imprezy organizowane przez niezliczonych solenizantów, jubilatów, studentów i alkoholików. Już od 18 słychać było pierwsze krzyki, dzwonki do drzwi i śpiewy. Potem włączała się muzyka, potem kroki na sąsiednich parkietach, najpierw nieśmiałe, potem już bezczelnie tupiące, skaczące i nieprzerwane.
Toasty wznoszone pełną piersią.
Skwaszony walił w ściany, pukał do drzwi, wzywał policję. Nic nie pomagało. Leżał we własnym łóżku jak na szpilkach i czekał, aż ostatni goście wsiądą do ostatniej taksówki trzaskając z impetem drzwiami.
Żona dolewała oliwy do ognia pochrapując obok, zupełnie nieświadoma, że on odchodzi od zmysłów.

W niedzielę zwykle można było odpocząć. Wkoło zmęczenie poimprezowe dawało o sobie znać. Hałaśliwi obywatele skupiali się przed poniedziałkowym powrotem do pracy.
Większość sąsiadów zdawała się mieć przynajmniej chwilową awersję do głośnych dźwięków.
I właśnie w niedzielę, najpiękniejszy dzień w tygodniu, musiało przytrafić się nieszczęście.

Oglądał właśnie ciekawy program w telewizji, oczywiście w trybie MUTE. Czytał z ruchu warg wypowiedzi uczestników. Było mu dobrze i przyjemnie. Lekki szum dochodzący z monitora prawie go nie rozpraszał.
Poszedł nalać sobie po cichutku soku pomarańczowego, kiedy nagle dobiegł go głos.
Głos musiał dochodzić z telewizora. Żona wiedziała, że w niedzielę ma zakaz odzywania się, nie mogła go po prostu złamać.
Przecież przysięgała przed ołtarzem. Przecież na jego usilną prośbę, wzmocnioną gotówką co łaska proboszcz zgodził się wzbogacić tradycyjną formułkę, tak, aby przysięgali sobie „miłość, wierność, uczciwość małżeńską i milczenie w niedzielę”.
Jeśli nie ona – to kto?
Wyjrzał z kuchni.
Zobaczył Żonę. Milczała. Ale w prawej ręce trzymała pilota. Wskazujący palec opierał się o nigdy przez niego nie używany, zakazany w tym domu przycisk – Volume +.
To ona włączyła głos.

Tego było za wiele. Nie wiedział, co zrobić. Ten tydzień go wykończył, a tu jeszcze własna Żona wbija człowiekowi nóż w serce. Skoro ona nie ma litości – on także wyzbędzie się jej resztek.

Chwycił za telefon. Wybrał numer.
Starszy posterunkowy krzyknął w słuchawkę „Proszę?!”, ale Skwaszony był tak rozedrgany, że nie przejął się tym.
-Panie posterunkowy! Panie posterunkowy – szeptał histerycznie. – Ona włączyła dźwięk! Panie! Ona podgłośniła telewizor! Słyszę te okropne głosy, mieszające się, przekrzykujące, śmiejące! To jest zakłócenie porządku publicznego! Przyjeżdżajcie! Interweniujcie!

-Szanowny Panie, nie wiem, czy zdaje Pan sobie sprawę, ale dzwoni Pan do nas po raz czterdziesty siódmy w tym tygodniu.
-Ale teraz to naprawdę ważne! W moim własnym domu czai się wróg! Pomocy! – szeptał zrozpaczony.
-Szanowny Panie, postawię sprawę jasno. Jeśli zaraz się pan nie rozłączy krzyknę panu do ucha. Liczę do trzech. Raz… Dw…

Skwaszony nie miał wyboru. Odłożył słuchawkę. Organy państwa nie działają. W jego własnym domu czai się hałaśliwe zło. Włożył watę do uszu, usiadł na taborecie i uronił kilka łez. Podłożył pod brodę ścierkę, żeby nie kapały hałaśliwie o płytki.


Wielki Myśliciel i Jego Żona


Link 16 listopada 2010 || 00:51 Komentuj! (0)

Jeśli Wielki Myśliciel sam nie zadba o pamięć po sobie i Swoim Dziele to nikt nie zadba. Z tego wynika więc jasno, że gdy Myśliciel zbliża się do magicznej granicy lat 50 – czyli, jak to mówią – już bliżej niż dalej, ale ciągle nie za blisko – należy wziąć się za siebie i rozpocząć pisanie autobiografii.
Żeby było łatwiej, zacząć można od notki autobiograficznej, takiej co to ukaże się w prasie w 10tą rocznice śmierci. Potem się tę notkę będzie rozszerzać anegdotami z dzieciństwa i miłymi opiniami krewnych i znajomych. I, rzecz jasna, dalszymi sukcesami.

Wielki Myśliciel usiadł przed biurkiem i zamyślił się głęboko. Od czego zacząć?
„Urodziłem się w niewielkim domku pod Płockiem”.
Skreślił. Postanowił, że ograniczy się do rzeczy najważniejszych, do meritum, do samego środka Własnego Jestestwa, które opisane i tak przyćmiłoby wszelkie dane faktograficzne.
Tak – miał już plan. Opisze własne wnętrze, przeprowadzi Czytelnika po zaułkach własnego umysłu. Istnieje co prawda niebezpieczeństwo, że ten zagubi się w gąszczu myśli – tak wielkich i nieznanych mu, że aż przytłaczających, ale po takim zagubieniu Czytelnik ów doceni go jeszcze bardziej. Zawsze cenimy to, czego nie rozumiemy.

„Jam jest Myśliciel. Życie moje jest nieustanną wędrówką po stromym zboczu Filozofii. Kroczę dumnie, nie bez wysiłku jednak, acz konsekwentnie. Codziennie widzę spadających ze skał śmiałków, którzy nie byli dostatecznie wybitni, aby wejść na szczyt. Nie mogę im pomóc.
Umysł mój jest moim przyjacielem. Razem tworzymy dzieła wiekopomne. Umysł mój i Ja to jedno. Zespoliliśmy się, alby osiągnąć to, co niedostępne. Aby dotknąć Absolutu, aby spojrzeć w oczy Samej Prawdzie.
Ścigam Cię! Ścigam, o Prawdo!
Wiedz, że nie zdołasz umknąć przed mym bystrym wzrokiem. Znajdę Cię na niedostępnym skalistym szczycie Nauki. Jestem już niedaleko, przemierzam ostatnie metry.
Całe swoje życie poświęciłem trudnej wędrówce. Wiele lat zajęło mi dojście do miejsca, z którego mówię teraz. Historia Nauki zna moje imię dobrze. Pchnąłem koło postępu, które toczy się nadal pobudzone do życia jednym moim ruchem.
Jestem twórcą Teorii Bytu. Byt jest tym, co jest zawsze. Przełomowe to zdanie zatrzęsło posadami filozofii.
Wszystkie Ludy na ziemi zawdzięczają mi swój nieuświadomiony postęp.

...”

-A Ty znowu wypisujesz te swoje dyrdymały! Ile razy trzeba Ci przypominać, że masz wyrzucić te cholerne śmieci! Ja nie będę czekać, aż Ty rozpracujesz działanie Wszechświata bo do tej pory te śmieci ożyją i wyjdą same. Ja mam po dziurki w nosie tej Twojej filozofii!
Wziąłbyś się za jakąś porządną robotę!
Wszystko na mojej głowie!
Darmozjad jeden!
A Staszek Rogal oświadczał mi się na czwartym roku studiów, a ja głupia! Nic tylko te Twoje chmurne oczy! Gdybym wtedy wiedziała, że ręce masz do pracy niezdolne, a Staszek biznes rozkręci!
Kończ te bzdury i pozmywaj, ja wychodzę na zakupy!
Tego się nie da wytrzymać!


Cóż, Żona Wielkiego Myśliciela ma prawo mieć odmienne zdanie. Żona zwykle ma prawo mieć odmienne zdanie.


Mundek


Link 16 listopada 2010 || 00:50 Komentuj! (0)

Edmund się zmęczył. Matko, jak on nie lubił być zmęczony – bo kto lubi – swoją drogą. Pewnie, że nikt. A zmęczony był akurat Edmund. Nikt inny tylko właśnie on. Zawsze tak. Zawsze ta niesprawiedliwość.
Edmund się zmęczył, bo był męczliwy.
Nie rozumiał, dlaczego nikt jego przypadłości nie traktował na poważnie.
Heniek dostawał pały z każdego dyktanda bo miał dysleksję. I w to wierzył każdy, i wszyscy się litowali, że biedny Henio.
Tomek rozbijał okna, podpalał śmietniki i podstawiał nogi każdemu, komu popadło bo miał ADHD. I wszyscy się martwili tą tomkową chorobą. Biedny Tomuś. Jaki biedny.
A męczliwość Edmunda wywoływała tylko śmiech i politowanie. Nikt nie mówił „Biedny Mundek”. Mundek nie był biedny, tylko leń.
No, no, no i gdzie tu sprawiedliwość?

Edmund uważał, że jest chłopcem pracowitym i postacią tragiczną. Tragizm ów przejawiał się głównie w tym połączeniu męczliwości i pracowitości. Chciał działać. Co dzień budził się z myślą świeżą o działaniu, o pracy i nowych planach.
Co dzień postanawiał, że się nie zmęczy.
A jednak już zjedzenie śniadania męczyło go.

Dziś wszystko jest zupełnie jak co dzień.
Edmund właśnie się zmęczył. Dziś podano bowiem najbardziej męczące śniadanie na świecie – jajko na miękko. Jak to się ciężko je. Ile na to energii trzeba! Stoi to jajko. Trzeba najpierw zbić wierzch skorupki, ale bardzo delikatnie, żeby też skorupki zbyt dużo nie stracić. Trzeba uzyskać idealnej wielkości otworek – żeby zmieściła się łyżeczka, ale ani milimetr więcej. Trzeba więc ściągać paluszkiem odłamki skorupki – trwa to z pięć minut. Potem trzeba przed każdym kęsem solić i wydobywać fragment jajka z jego środka. Wiadomo, że jedno takie jajko dla dużego faceta to za mało. Trzeba zjeść ze trzy.
Więc Edmund się zmęczył.
A miał dziś piękne plany.
Pomyślał, że zbuduje sobie domek na lato. Następnie umieściłby go na drzewie i miałby swój kawałek podłogi mógłby wreszcie śpiewać „nie mówcie mi więc co mam robić”. Teraz nie mógł, bo straszy brat wskazywał (nie bezzasadnie) że żaden kawałek podłogi nie jest Mundka, co najwyżej jest wspólny.
Edmund próbował walczyć ze zmęczeniem. Napiął mięśnie. Nie pomogło.
Na zmęczenie najlepszy jest wszak odpoczynek.
Ułożył się wygodnie na kanapie i włączył telewizor.
Ale film leciał! Matko! Wojenny! Jeden Indianin broniąc swojej wioski wymordował 14 białych, zerwał z nich skalpa i uszył ciepłe płachty na zimę dla całej rodziny. Gdyby Edmund był Indianinem na pewno nie byłby taki męczliwy.
Postanowił wrócić do pracy.
Trzeba przygotować narzędzia. To go pewnie wykończy. Może więc poprosić brata? Lub tatę.
Możnaby tatę.
Ale tata zapewne przypomni sobie, że w garażu bałagan, że auto zabłocone i zakupów nie ma zrobionych. To już lepiej samemu.
Edmund obszedł dom dookoła i zmęczył się, bo dom był duży i nie leżały wkoło żadne deski.
Ale już wołano na obiad. Będzie można odpocząć.

Odpocząć? Uch, to miał być odpoczynek?
Kurczak z rożna z ryżem.
Ile babrania się, z tymi skrzydełkami!
Mundek był wykończony.
Kanapa pomogła mu rano, postanowił więc zastosować tę samą terapię.
Nie było żadnego filmu, ale był teleturniej, w którym trzeba było robić przeróżne dziwne rzeczy (np. stąpać po szkle), na co patrzyła cała twoja rodzina i klaskała, żeby zdopingować ojca, który mógł wygrać zestaw rowerów, mikrofalówkę dla żony i 10 tysięcy złotych.
Mundek też mógłby wygrać rower i pieniądze, ale był przecież męczliwy. Był wykluczony z takiej walki. Nic nie mógł. Życie potraktowało go niesprawiedliwie. Każdy mógł wygrać sobie coś skacząc na skakance a on akurat nie.
Poczuł jednak , że jest dość wypoczęty i postanowił kupić gwoździe, a deski znajdzie się później.
Sklep był potwornie daleko. Szedł pięć minut, bardzo szybkim marszobiegiem.
Zmęczył się.
Przycupnął na schodku przed sklepem i odczekał pół godzinki. Właściciel chciał już zamykać sklep, więc dobrze, że Mundek był na posterunku i powiedział, żeby mu zapakować pół kilo gwoździ.
Wrócił do domu i zgłodniał, bo robiono kolację.
Kolacja nie była bardzo męcząca, więc Edmund od razu postanowił zabrać się do pracy.
Ale go zatrzymano.
Podobno wypadła jego kolej w zmywaniu.
Akurat. Zawsze on musi zmywać. Próbował przekonywać, ze kolej na pewno jest nie jego i że on jest męczliwy i żeby taktować to poważnie. Na nic się to zdało.
Kolacja może nie była męcząca, ale brudząca bardzo. Trzy garnki, pięć talerzy i niezliczona ilość sztućców.
Koszmar.
Edmund nie miał na nic siły. Usiadł sobie po cichutku na kanapie i zamyślił się nad swoim losem.
Nie dość, że życie go nie rozpieszcza, że WHO nie uznało jeszcze męczliwości za oficjalną chorobę i nie wpisało na żadną listę to jeszcze rodzina rzuca mu kłody pod nogi.
Miał trochę oszczędności.
Postanowił wynająć kolegę do budowy domku.
Od jutra zaś zajmie się poważnym zadaniem.
Będzie walczył o równouprawnienie.

Przed snem zdobył się na ostatni wysiłek tego dnia. Na prześcieradle wymalował wielki transparent:
„Męczliwość taką chorobą jak inne. Precz z dyskryminacją!”


Sanok, bar dworcowy


Link 15 listopada 2010 || 23:30 Komentuj! (3)



Bar na dworcu w Sanoku, proszę Pana. Ślę pozdrowienia! Niby nic, niby tylko stara, niebieska buda, a jednak widać, że ktoś się starał, żeby nam było przyjemnie.
Gustowne wnętrze.
Przede wszystkim cerata. Plamoodporna. Nawet najbardziej uporczywe zabrudzenie (powiedzmy – nieumiejętnie wyciśnięty ketchup) można usunąć jednym ruchem papierowej serwetki. Zachowuje świeżość przez wiele tygodni. Zdobiona w kwiatuszki i małe, zgrabne listki. Błękitna, z lekką nutką zieleni, z żółtymi rozjaśniającymi całość elementami.

Na stołach kwiaty. W kształtnych słoikach po kawie Jacobs – na dole pękatych, zwężających się ku górze niczym prawdziwe, eleganckie wazony.
Kwiaty są różnobarwne, dobrane według ściśle określonego klucza. Żółty, dorodny słonecznik – wzmaga apetyt. Niebieskie chabry – uspokajają, koją emocje. Maki – trochę patriotyczne, trochę nieśmiałe – takie polskie. Wszystko wykonane z plastiku najwyższej jakości.

Szerokie menu. Niczego tu nie brakuje. Od parówek, przez knedle ze śliwkami, po lody „Księżniczka”.
Onieśmielony turysta patrzy i patrzy na tę długą, ciągnącą się przez kilka kartek listę i pyta:
-A czy placki ziemniaczane są smaczne?
-Proszę pana – pani za barem jest kobietą uczciwą i szczerą. – A czy słyszał pan kiedyś na takie pytanie inną odpowiedź niż tak?
A przecież na trudy podróży i tak najlepsza kawa. W brązowym, plastikowym kubku. Z mlekiem, którego za mało, żeby była białą i za dużo, żeby móc narzekać, że dają tu tylko czarną.

Wpadnij Pan, bo ja już byłam.


Kraków, ul. Łobzowska


Link 15 listopada 2010 || 23:25 Komentuj! (0)

Pozdrawiam stąd Pana, z drobnym upomnieniem.
Wypluj Pan te słowa, któreś wypowiedział jeszcze wczoraj! Powtarzam, wypluj Pan! Pan się w głowę stuknij i wstąp do Krakowa. Opowiadasz Pan, że wiek dwudziesty pierwszy to koniec wszystkiego. Śpiewasz Pan „Pamiętajcie o ogrodach” i łza się Panu kręci w oku. Że czasy nie te. Że wszystko przeminęło. Że toniemy po szyję w betonie. Zaraz pokażę w jak wielkim jesteś Pan błędzie!

Gdybyś był Pan ze mną wieczorem, trzynastego czerwca, na ulicy Łobzowskiej! Tam nie ma Sukiennic i dorożki nie jeżdżą, ale do Rynku rzut kapeluszem (bo beret taki nieelegancki). Kilka sklepików spożywczych, kościół, szpital położniczy.

Może się zdawać, że bajki plotę, ale nie plotę. Było pusto, zamykano już winiarnię nieopodal i coś nie pasowało do dźwięków miasta. Stukot delikatny, niepodobny do stukotu ludzkich butów. A to sobie stukał niepodkuty biały koń. Powoli, dostojnie, cichutko. Grzywę miał szarą, choć gdyby to była bajka miałby srebrne włosy anielskie. Ale to tylko rzeczywistość. Miał szarą i przykurzoną.

Bez siodła, bez uzdy, bez jeźdźca. Ze sznurkiem na szyi. A do sznurka przyczepiony był Ktoś. Ktoś był niemłody i bosy. Miał szarą brodę, długą – mógłby w przedszkolu dorabiać jako Święty Mikołaj. I szedł z Koniem bardzo grzecznie. Ramię w ramię? Pysk w pysk? Ssak obok ssaka – nie ssak na ssaku. Dziwaczna odmiana.
Jeśli myślisz Pan, że urwali się z cyrku – to – nie wydaje mi się. Nie wyglądali mi na takich, co znają jakieś sztuczki. Koń raczej nie z tych, co skaczą przez płonące obręcze. Ktoś, raczej nie żongler i po gwoździach się chyba nie przechadza. Wyglądali, proszę Pana, bajecznie. Najbardziej, kiedy przechodzili koło szyldu „GSM Skup – Sprzedaż – Komis”.

Pan jesteś taki nudny z tym utyskiwaniem. Ściągnij Pan buty, kup Konia i przestań narzekać.


TUTAJ NALEŻY ZAJRZEĆ:
PRZESZYJ TO SAM!

SUPER KUBAK!

ARCHIWUM 2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010


KATEGORIE:

  • Pocztówki z nieważnych miejsc(4)
  • Dziwolągi prawie z życia wzięte(3)


  • Księga gości

    Wyślij wiadomość

    powered by Ownlog.com & Fotolog.pl